Akcja dzieje się zaraz po wojnie, w Bieszczadach. Nie ma jednak powodów do obaw, to nie są Bieszczady stachurowo-esdeemowe. Żadnych aniołów, łysych śpiewaczek i szukania domu gitarą i piórem. Bieszczady w "Bazie ludzi umarłych" to kraina twardych skurwysynów, gdzie każdy nieuważny ruch może być twoim ostatnim, a kobiety będą cię kochać szczerze, ale tylko, kiedy im się to opłaci.
Dwie notki temu pisałem o "Sei donne per l'assassino", który bywa nazywany pierwszym body count movie. Ktoś w imieniu Czesława Petelskiego powinien się upomnieć o jego prawa, bo schemat fabularny "Bazy" polega na tym, że z początkowej ekipy co chwilę kogoś ubywa (nie wszyscy umierają, więc nie jest to body count w sensie ścisłym), a widz zastanawia się, kto będzie następny, a kto wytrwa do końca.
Film niesie ze sobą mesydż polityczny, w którym, o ile dobrze rozumiem, komuniści i reszta społeczeństwa przyznają się nawzajem do swoich błędów i podają sobie grabę, aby razem budować ojczyznę. Socjalistyczną, rzecz jasna. Jednym może się to podobać, innym nie, ja pozwolę sobie nie mieć zdania i zwrócę uwagę jeszcze na dwie rzeczy.
To prawdopodobnie pierwszy polski film, w którym użyto słowa "kurwa". Tak mi się wydaje, ale możliwe, że piszę głupoty. Jerzy Płażewski, który wspomina o "Bazie" w "Historii filmu dla każdego", w tym temacie milczy, a pobieżny guglowy risercz też nie dostarcza żadnych pewnych informacji. Jakby ktoś słyszał jakieś "kurwy" w filmach nakręconych przed 1958, to niech da znać.
Jest tu też bardzo piękna, chwytająca za serce scena. Głęboko wierzący komunista, chcąc uczcić pamięć głęboko wierzącego katolika-pijaka, śpiewa przedwojenny przebój warszawskich opryszków, a akompaniuje mu na kościelnych organach rozkradający państwowe mienie malwersant. Ja się prawie popłakałem.
Film można obejrzeć tutaj: