"Gainsbourg" nie pokazuje więc prawdziwych ludzi i prawdziwego życia. Postaci wzorowane na autentycznych osobach są tu skonstruowane z kilku charakterystycznych cech utrwalonych w popkulturze, wzmocnionych czasami aż do przesady. Serge jest wrażliwym cynikiem, uwodzącym kobiety i palącym papierosy, postać Bardot to właściwie plakat z pokoju nastolatka, a France Gall garbi się dużo bardziej niż w rzeczywistości. Zdarzają się też sceny zupełnie zmyślone i symboliczne, w dodatku jest to symbolika raczej prosta. Nie jest jednak nigdy tania i dzięki temu ogląda się to bardzo dobrze, zwłaszcza że zmysły wzroku i słuchu są tu zagłaskiwane prawie na śmierć. Realne lokacje i aktorzy płynnie połączeni z wysokiej jakości animacją, perfekcyjna kompozycja kadrów, nasycone kolory, ciepłe światło i fajne, uwspółcześnione aranże najsłynniejszych piosenek Gainsbourga. Naprawdę ładna bajka.
Spora część filmu poświęcona jest dzieciństwu artysty, gdzie reżyser szuka źródeł jego późniejszych wyborów życiowych. I znajduje je. Otóż według Sfara, Gainsbourg wybrał karierę piosenkarza, bo dla brzydkiego, chudego Żyda z imigranckiej rodziny był to jedyny sposób, żeby zdobyć kasę, szacun chłopaków i waginy kobiet. Jest to obserwacja, która części krytyków wyda się pewnie zbyt oczywista i uproszczona, ale ja czuję się przekonany, bo chciałbym zostać piosenkarzem z tych samych powodów. Gdybym miał się zdobyć na szczerą introspekcję, to prawdpodobnie musiałbym się przyznać, że półświadoma nadzieja na uzyskanie wyżej wymienionych profitów leży również u źródeł tego bloga. Zdaję sobie sprawę, że nie mam dużych szans, ale, niestety, jestem muzycznym beztalenciem.
Wracając do filmu, Sfar zauważa też, że jedynym sposobem funkcjonowania masowego artysty jest przyjęcie wizerunku, jaki zostaje mu narzucony przez publiczność. Serge w filmie Sfara nie jest prawdziwym prowokatorem, ale nieśmiałym chłopakiem, który godzi się przyjąć rolę irytującego Żyda-świętokradcy, w jakiej ludzie chcieliby go widzieć. Nie może z tym walczyć, ale może nauczyć się, jak najlepiej wykorzystać tę rolę do swoich celów.
Serge cały czas chowa się w świat wyobraźni. Jego problemy w ten sposób nie znikają, ale stają się jakby mniej ważne. We wspomnianym już końcowym komentarzu Sfar pisze: "Za bardzo lubię Gainsbourga, by sprowadzać go do rzeczywistości". Moim zdaniem, tu właśnie kryje się najważniejszy wniosek, jaki można wyciągnąć z tego filmu. Rzeczywistość to kurwa i będziemy wszyscy prowadzić nędzne życie, aż umrzemy w jakiejś wojnie albo na raka. Sztuka nas nie uratuje, ale może przynajmniej ocalić naszą wyobraźnię. Czego sobie i Państwu życzę.
"Gainsbourg" jest do dostania za trzy dyszki na DVD. Ja myślę, że się opyla, ale jak komuś brakuje na browary, to może też za czwórkę, legalnie, obejrzeć film tu:
http://www.cineman.pl/filmy/Filmy,Dramat,Biograficzny/Gainsbourg-1.
Bądź sobie piosenkarzem, ale ten blog jest mi niezbędny do szczęścia, więc może równoległe kariery, co?
OdpowiedzUsuńPS: nic bardziej nie odstrasza od komentowania niż logowanie i kapcza:)
OdpowiedzUsuń@Marceli
OdpowiedzUsuńDzienx, jest mi bardzo miło, zwłaszcza, że MKKM to blog, od którego zaczynam codziennie przegląd netu. Logowanie i kapczę już wyłączyłem.
no no Frodo - nie wiem jak z kasą i szacunem chłopaków, ale myślę, że szanse na waginy kobiet rosną - ładnie piszesz
OdpowiedzUsuń