czwartek, 19 kwietnia 2012

Piszę bloga, ale wolałbym być piosenkarzem

Nie czytałem żadnych komiksów Joanna Sfara, bardzo podoba mi się za to jego film "Gainsbourg". Jego bohaterem jest oczywiście Serge Gainsbourg, ale reżyser nie chce nazywać swojego dzieła biografią. Początkowe napisy informują nas, że to, co za chwilę zobaczymy jest bajką, a na koniec Sfar dorzuca jeszcze komentarz, w którym stwierdza, że nie jest zainteresowany prawdą o Gainsbourgu, bo woli jego kłamstwa. Moim zdaniem, chce się zawczasu obronić przed tymi ludźmi, dla których problemem filmu "The Doors" był nieprawdziwy Jim Morrison.


"Gainsbourg" nie pokazuje więc prawdziwych ludzi i prawdziwego życia. Postaci wzorowane na autentycznych osobach są tu skonstruowane z kilku charakterystycznych cech utrwalonych w popkulturze, wzmocnionych czasami aż do przesady. Serge jest wrażliwym cynikiem, uwodzącym kobiety i palącym papierosy, postać Bardot to właściwie plakat z pokoju nastolatka, a France Gall garbi się dużo bardziej niż w rzeczywistości. Zdarzają się też sceny zupełnie zmyślone i symboliczne, w dodatku jest to symbolika raczej prosta. Nie jest jednak nigdy tania i dzięki temu ogląda się to bardzo dobrze, zwłaszcza że zmysły wzroku i słuchu są tu zagłaskiwane prawie na śmierć. Realne lokacje i aktorzy płynnie połączeni z wysokiej jakości animacją, perfekcyjna kompozycja kadrów, nasycone kolory, ciepłe światło i fajne, uwspółcześnione aranże najsłynniejszych piosenek Gainsbourga. Naprawdę ładna bajka.
Spora część filmu poświęcona jest dzieciństwu artysty, gdzie reżyser szuka źródeł jego późniejszych wyborów życiowych. I znajduje je. Otóż według Sfara, Gainsbourg wybrał karierę piosenkarza, bo dla brzydkiego, chudego Żyda z imigranckiej rodziny był to jedyny sposób, żeby zdobyć kasę, szacun chłopaków i waginy kobiet. Jest to obserwacja, która części krytyków wyda się pewnie zbyt oczywista i uproszczona, ale ja czuję się przekonany, bo chciałbym zostać piosenkarzem z tych samych powodów. Gdybym miał się zdobyć na szczerą introspekcję, to prawdpodobnie musiałbym się przyznać, że półświadoma nadzieja na uzyskanie wyżej wymienionych profitów leży również u źródeł tego bloga. Zdaję sobie sprawę, że nie mam dużych szans, ale, niestety, jestem muzycznym beztalenciem.
Wracając do filmu, Sfar zauważa też, że jedynym sposobem funkcjonowania masowego artysty jest przyjęcie wizerunku, jaki zostaje mu narzucony przez publiczność. Serge w filmie Sfara nie jest prawdziwym prowokatorem, ale nieśmiałym chłopakiem, który godzi się przyjąć rolę irytującego Żyda-świętokradcy, w jakiej ludzie chcieliby go widzieć. Nie może z tym walczyć, ale może nauczyć się, jak najlepiej wykorzystać tę rolę do swoich celów.
Serge cały czas chowa się w świat wyobraźni. Jego problemy w ten sposób nie znikają, ale stają się jakby mniej ważne. We wspomnianym już końcowym komentarzu Sfar pisze: "Za bardzo lubię Gainsbourga, by sprowadzać go do rzeczywistości". Moim zdaniem, tu właśnie kryje się najważniejszy wniosek, jaki można wyciągnąć z tego filmu. Rzeczywistość to kurwa i będziemy wszyscy prowadzić nędzne życie, aż umrzemy w jakiejś wojnie albo na raka. Sztuka nas nie uratuje, ale może przynajmniej ocalić naszą wyobraźnię. Czego sobie i Państwu życzę.


"Gainsbourg" jest do dostania za trzy dyszki na DVD. Ja myślę, że się opyla, ale jak komuś brakuje na browary, to może też za czwórkę, legalnie, obejrzeć film tu:
http://www.cineman.pl/filmy/Filmy,Dramat,Biograficzny/Gainsbourg-1.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Piecyk i czerwony manekin

Grzech fiolet, granat tajemnica, czerń śmierć, seks czerwony,
Tajony wasz rodowód któregoś dnia ustalę:
Fiolet, cera ćpuna złapanego na przypale,
Neon, zasłonka u dziewczyny, jej twarz nim skona.

Granat, tunel między drzewami, w fontannie fale,
Burza, zbroja i sukienka modelki, co szlocha.
Czarny, oczy Evy Bartok, koronka, pończocha,
Rewolwer, który oniemiał po drugim wystrzale.

Czerwony, blacha piecyka, na której twarz skwierczy,
Paznokcie, płaszczyk modelki, który zginął pierwszy,
Słuchawka telefonu jak wahadło w finale.

Do sonetu brakuje jednej strofy i rytm trochę kuleje, ale jestem tylko bezrobotnym blogerem, a nie pieprzonym Rimbaudem.


Film "Sei donne per l'assassino" w każdym kraju nazywał się trochę inaczej. Włoski oryginał znaczy "Sześć kobiet dla mordercy", w Stanach były "Krew i czarna koronka", w Danii "Czerwone noce żelaznej ręki", a w Niemczech "Krwawy jedwab". Doceniam brzmieniowe walory "Blood an Black Lace", ale najbardziej podoba mi się włoska wersja, bo dodaje filmowi suspensu.
Najlepsza rzecz w tym fliku to kolory. Budżet należał do kategorii raczej śmiesznych, więc podejrzewam, że taśma nie była najlepszej jakości i pewnie dlatego oglądając niżej linkowaną tubę, czasami nie wiadomo, co właściwie widać. Reżyser Mario Bava i operator Ubaldo Terzano prawdopodobnie zdawali sobie sprawę z tych ograniczeń i postawili na umiejętne operowanie kolorem, dzięki czemu osiągnęli taki efekt, że nawet gdyby tę jutubową wersję nagrać komórką, a potem skompresować tak, żeby zmieściła się na dyskietkę, to film i tak byłby piękny.
Oczywiście, jeżeli szukacie intrygi, tajemnic, erotyczno-kryminalnych dreszczy, makabrycznych morderstw, hipnotycznej muzyki, nastrojowej scenografii i fajnych dup - to wszystko też tutaj jest, w najlepszej jakości.


Cały film, niestety, tylko po włosku. Jak ktoś chce po angielsku (dubbing jest taki se, ale nie przeszkadza bardzo) to musi kupić, albo ściągnąć.

środa, 4 kwietnia 2012

Samochody, cycki, trupy


Byłem złym dzieckiem. Wprawdzie co roku moja wychowawczyni wpisywała mi "wzorowe" w rubryce zachowanie, ale ja byłem po prostu bardzo zepsuty. Po lekcjach szedłem do kolegi i wtedy przestawałem udawać. Byłem nienawidzącym wszystkich, małym, złośliwym koboldem. Razem z kolegą wsiadaliśmy do pomalowanych w trupie czaszki samochodów, z kolcami zamiast zderzaków i ruszaliśmy w miasto. Byli tam też inni, z którymi niby mieliśmy się ścigać, ale nam nie chodziło o bycie pierwszym na mecie. Chcieliśmy po prostu rozjeżdżać ludzi. Uwielbialiśmy ten moment, kiedy w ich spojrzeniach dostrzegaliśmy błysk zrozumienia, kiedy już wiedzieli, że nie jesteśmy zwykłymi piratami drogowymi, że mają przed sobą maniaków, którzy pragną ich śmierci. Bawiły nas ich rozpaczliwe próby ucieczki, beznadziejność ich wysiłków. Rechotaliśmy, słysząc wilgotne, bezradne pierdnięcie, jakie ich ciała wydawały pod naszymi kołami. Rozkoszowaliśmy się widokiem ich mózgów, spływających po naszych szybach.
Gra nazywała się Carmageddon.

***

To będzie tekst o miłości i polityce, dwóch rzeczach, na których zupełnie się nie znam.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem "Death Race 2000" byłem trochę zaskoczony, bo jakoś nie mieściło mi się w głowie, że już w latach .70 ludzie byli tak pierdolnięci. Pokochałem ten film około trzeciej minuty seansu.

Zaczyna się od przywołania w stu procentach amerykańskiego toposu, u nas najbardziej znanego z "Wacky Races". Grupka kierowców, każdy z indywidualnie stuningowaną furą i określonym zestawem cech charakterystycznych oraz Ameryka jako tor do ścigania się. Wyścig podzielony jest na kilka etapów, więc raz może wygrać jeden, raz drugi, widz musi wybrać swoją ulubioną postać i kibicować jej przez wszystkie odcinki. W "Death Race 2000" ten wybór jest ciężki, bo każda z postaci to popis przewrotnej wyobraźni scenarzystów.
Tradycyjne wartości prerii, takie jak kowbojskie kapelusze, samotna walka przeciwko sukinsynom i country, reprezentuje kobieta, Calamity Jane. Jej rywale to feminazistka Matilda the Hun, niezbyt bystry, ale brutalny ganster Machine Gun Joe (brawurowa kreacja Sylvestre'a Stallone) i Frankenstein, największa gwiazda całego wyścigu. Wychowana w tajnych rządowych bazach maszyna do wygrywania wyścigów, bez serca, emocji i poglądów, przynajmniej tak się na początku wydaje. Wciela się w niego męczennik onanizmu, wielki David Carradine. Jest też jeszcze jedna postać, lalusiowaty Nero the Hero. Najnudniejszy z nich wszystkich, więc na szczęście szybko ginie.
Tak oto płynnie przechodzimy od "Race" do "Death", która nie jest żadną metaforą, ale raczej eufemizmem. W tym wyścigu są dwa cele. Pierwszy z nich to tradycyjne dojechanie jak najszybciej do mety, drugi - rozjechanie jak największej liczby przechodniów. Widzicie więc, że nie mogłem nie zakochać się w tym filmie. Za bardzo przypomina mi młodość. Poza tym, okej, Woody Allen, Todd Solondz i Wes Anderson są wporzo, ale rozjeżdżanie ludzi dla sportu to absolutny top of the tops w kategorii humor i po prostu nie da się wymyślić nic śmieszniejszego.
Oczywiście, równość społeczna jest utopią, więc najwięcej punktów w "Death Race 2000" dostaje się za kobiety, dzieci i starców. Jeśli komuś uda się wziąć pod koła kobietę w stanie błogosławionym, liczy się zarówno matka, jak i nienarodzone dziecię.
Roger Corman jest znany ze swoich lewicowych poglądów, choć, jak na lewicowego artystę, jego podejście do robienia filmów było dość niecodzienne. Pozbawiony cienia elitaryzmu, nie skamlał o państwowe pieniądze, kręcił filmy zaspokajające gust masowej publicznośći i zarabiał na tym masę hajsu. W "DR2k" Corman pełnił tylko rolę producenta i współscenarzysty, ale można się domyślać, dlaczego spodobał mu się ten projekt. Film łączy w sobie radosną lekkość i bezpretensjonalność trashowego widowiska z brutalnym politycznym atakiem na wartości wyznawane przez konserwatywną część USA.
"Death Race 2000" to duchowy brat "Lęku i odrazy w Las Vegas". Podobnie jak książka Huntera S. Thompsona, jest to rodzaj pieśni żałobnej dla nieudanego projektu kulturowego, jakim były lata .60 i pamflet na porządek panujący w Stanach po zwycięstwie popieranego przez milczącą większość Nixona nad reprezentującym "amnesty, abortion and acid" McGovernem.
Życie publiczne w DR2k to festiwal hipokryzji. Prezydent zachwala w telewizji brutalne zawody jako wyraz narodowego ducha, a milcząca większość spokojnych i prawych obywateli chłonie każdą minutę tego okrutnego spektaklu, nie protestując ani przeciwko niemoralności samego wyścigu, ani nawet przeciwko temu, że to właśnie spośród nich rekrutują się dostarczyciele punktów. Funkcjonuje tu, co prawda, coś w rodzaju hipisowskiego ruchu oporu, ale jego członkowie kompromitują się zawsze, kiedy próbują zrobić coś poza gadaniem.
To kolejna cecha wspólna "Death Race" i "Lęku...". Oba dzieła wyrażają żal z powodu upadku kontrkultury lat .60, ale też przekonanie o jego nieuchronności. Twórcy traktują ruch kontrkulturowy jako swoje środowisko, jednocześnie bezlitośnie go krytykując za naiwność, słabość i głupotę. Oczywiście, najostrzejsze noże wkurwu wymierzone są przeciwko tej drugiej Ameryce, konserwatywnej, porządnej i imperialistycznej. Nie da się ukryć jednak, że oprócz wypływającej z wątroby nienawiści, zarówno w "Lęku...", jak i w "DR" ujawnia się też coś w rodzaju perwersyjnej fascynacji artefaktami tradycjonalistycznej kultury. Reakcją głównych bohaterów na triumf wartości dokładnie przeciwnych od własnych jest celowe pakowanie się w samo symboliczne centrum wrogiego obozu. Tu jednak podobieństwa się kończą, bo Raoul Duke zanurza się po prostu w autodestrukcyjnym i egoistycznym szaleństwie, natomiast protagonista "Death Race 2000" poświęca się dla sprawy i dokonuje politycznego sabotażu ina Konrad Wallenrod stylee. Co najważniejsze, jego cel zostaje osiągnięty. Twórcy filmu wierzą więc w możliwość zwycięstwa swojej strony, ale aby je urzeczywistnić trzeba ponieść koszty, o których Paul Giamatti mówi w "Idach marcowych" Ryanowi Goslingowi - przejąć metody wroga. Idealistyczne głupki przynoszą sprawie więcej szkód niż korzyści.
Czy zwycięstwo osiągnięte w ten sposób jest moralnie słuszne, pozostaje kwestią otwartą, bo zakończenie jest na tyle wieloznaczne, że można z równym skutkiem próbować udowadniać kilka przeczących sobie tez. "Death Race 2000" to film-zgrywa, który nie traktuje poważnie nawet siebie. To raczej nie poważny manifest polityczny, ale brawurowa szydera z przeciwnika. Tak urocza, że trudno mieć o cokolwiek pretensje. Oprócz masakry i polityki dostajemy tu dużo zabawy, cycki, miłość i znaczne ilości szczególnego rodzaju piękna, którego przykładem niech będzie ta scena taneczna:


Film chyba przeszedł już do domeny publicznej, a w każdym razie siedzi na tej tubie już dość długo i nikt nie protestuje, więc myślę, że oglądanie go nie może być aż takie nielegalne. Żeby go obejrzeć wystarczy przewinąć do początku linkowane wyżej wideo.