Wiem, że ciężko traktować poważnie opinie blogera, który pisze notkę raz na dwa miesiące, ale taka jest smutna prawda.
Wymyśliłem drinking game, możecie ją przetestować, oglądając mecze na mundialu za dwa lata. Pije się kielona za każdym razem, kiedy Szpaku:
- popełni błąd językowy;
- niepoprawnie wymówi nazwisko zagranicznego piłkarza;
- powie: "Niewykorzystane sytuacje lubią się mścić";
- pierdolnie jakąś inną bzdurę.
Jeżeli ktoś pozostaje przytomny w momencie rozpoczęcia drugiej połowy, to znaczy, że oszukiwał.
Teraz nastąpi dalsza część notki, zupełnie niezwiązana z częścią uprzednią.
Zawsze lubiłem ten segment peerelowskiej popkultury, który zajmował się ukrytymi przez nazistów skarbami. Film Ostatni świadek jest dla tej konwencji tym, czym Chinatown dla kryminału noir. Wszystkie elementy w najbardziej kanonicznej postaci. Akcja dzieje się w małym miasteczku, w pobliskich górach leżą zakopane kosztowności, szuka ich miejscowy lekarz (to zawsze jest lekarz, redaktor gazety albo jakiś naukowiec), pomaga mu przyjaciel milicjant, emerytowani SS-mani udają entomologów, socjalizm to plac budowy, gdzie skromni robotnicy śpiewają wesołe piosenki, a Zachód pod drogim garniturem skrywa moralny liszaj. Plus rozkoszna serowatość: uroczo drętwe dialogi, piękny polski akcent aktorów mówiących po niemiecku i jeńcy obozu koncentracyjnego odżywieni lepiej od strażników.
To wszystko gwarantuje znakomitą zabawę, ale jest też w Ostatnim świadku coś, co od czasu do czasu każe łapać się za głowę i, z braku słów w pełni wyrażających rozmiary podziwu, krzyczeć japierdolę. Praca kamery. Reżyser Jan Batory i operator Antoni Wójtowicz momentami wspinają się tu może nie na Himalaje, ale przynajmniej na Andy technicznych skillsów i kreatywności w filmowaniu scen. Studenci wszystkich filmówek w Polsce powinni zostawić w spokoju Podwójne życie Weroniki i uczyć się fachu na Ostatnim świadku.
Jedna scena jako dowód. Mikulski gra lekarza, który jako jedyny więzień przeżył likwidację pobliskiego obozu koncentracyjnego. Ciągle jeszcze nie wie o wizycie hitlerowców w miasteczku. Edmund Fetting (ten z wąsem) to były SS-man, który przyjechał odzyskać ukryty przed laty skarb. Doszła już do niego wiadomość, że likwidacja obozu nie przebiegła do końca pomyślnie, ale nie sądzi, że lekarz go rozpozna, zwłaszcza, że Niemiec spędził w KL-u tylko jeden dzień. Check that shit out.
http://youtu.be/_aUedIGEnlw?t=37m28s
Cały film dostępny po przewinięciu linkowanej tuby do początku.
Fleki, flaki, fliki
czwartek, 12 lipca 2012
środa, 2 maja 2012
Pierwsze słowo na k
Zapamiętałem ten film jako arcydzieło. Obejrzałem go niedawno drugi raz i muszę niestety stwierdzić, że trochę przesadziłem z entuzjazmem, ale i tak jest to obraz z kilku powodów interesujący.
Akcja dzieje się zaraz po wojnie, w Bieszczadach. Nie ma jednak powodów do obaw, to nie są Bieszczady stachurowo-esdeemowe. Żadnych aniołów, łysych śpiewaczek i szukania domu gitarą i piórem. Bieszczady w "Bazie ludzi umarłych" to kraina twardych skurwysynów, gdzie każdy nieuważny ruch może być twoim ostatnim, a kobiety będą cię kochać szczerze, ale tylko, kiedy im się to opłaci.
Dwie notki temu pisałem o "Sei donne per l'assassino", który bywa nazywany pierwszym body count movie. Ktoś w imieniu Czesława Petelskiego powinien się upomnieć o jego prawa, bo schemat fabularny "Bazy" polega na tym, że z początkowej ekipy co chwilę kogoś ubywa (nie wszyscy umierają, więc nie jest to body count w sensie ścisłym), a widz zastanawia się, kto będzie następny, a kto wytrwa do końca.
Film niesie ze sobą mesydż polityczny, w którym, o ile dobrze rozumiem, komuniści i reszta społeczeństwa przyznają się nawzajem do swoich błędów i podają sobie grabę, aby razem budować ojczyznę. Socjalistyczną, rzecz jasna. Jednym może się to podobać, innym nie, ja pozwolę sobie nie mieć zdania i zwrócę uwagę jeszcze na dwie rzeczy.
To prawdopodobnie pierwszy polski film, w którym użyto słowa "kurwa". Tak mi się wydaje, ale możliwe, że piszę głupoty. Jerzy Płażewski, który wspomina o "Bazie" w "Historii filmu dla każdego", w tym temacie milczy, a pobieżny guglowy risercz też nie dostarcza żadnych pewnych informacji. Jakby ktoś słyszał jakieś "kurwy" w filmach nakręconych przed 1958, to niech da znać.
Jest tu też bardzo piękna, chwytająca za serce scena. Głęboko wierzący komunista, chcąc uczcić pamięć głęboko wierzącego katolika-pijaka, śpiewa przedwojenny przebój warszawskich opryszków, a akompaniuje mu na kościelnych organach rozkradający państwowe mienie malwersant. Ja się prawie popłakałem.
Film można obejrzeć tutaj:
Akcja dzieje się zaraz po wojnie, w Bieszczadach. Nie ma jednak powodów do obaw, to nie są Bieszczady stachurowo-esdeemowe. Żadnych aniołów, łysych śpiewaczek i szukania domu gitarą i piórem. Bieszczady w "Bazie ludzi umarłych" to kraina twardych skurwysynów, gdzie każdy nieuważny ruch może być twoim ostatnim, a kobiety będą cię kochać szczerze, ale tylko, kiedy im się to opłaci.
Dwie notki temu pisałem o "Sei donne per l'assassino", który bywa nazywany pierwszym body count movie. Ktoś w imieniu Czesława Petelskiego powinien się upomnieć o jego prawa, bo schemat fabularny "Bazy" polega na tym, że z początkowej ekipy co chwilę kogoś ubywa (nie wszyscy umierają, więc nie jest to body count w sensie ścisłym), a widz zastanawia się, kto będzie następny, a kto wytrwa do końca.
Film niesie ze sobą mesydż polityczny, w którym, o ile dobrze rozumiem, komuniści i reszta społeczeństwa przyznają się nawzajem do swoich błędów i podają sobie grabę, aby razem budować ojczyznę. Socjalistyczną, rzecz jasna. Jednym może się to podobać, innym nie, ja pozwolę sobie nie mieć zdania i zwrócę uwagę jeszcze na dwie rzeczy.
To prawdopodobnie pierwszy polski film, w którym użyto słowa "kurwa". Tak mi się wydaje, ale możliwe, że piszę głupoty. Jerzy Płażewski, który wspomina o "Bazie" w "Historii filmu dla każdego", w tym temacie milczy, a pobieżny guglowy risercz też nie dostarcza żadnych pewnych informacji. Jakby ktoś słyszał jakieś "kurwy" w filmach nakręconych przed 1958, to niech da znać.
Jest tu też bardzo piękna, chwytająca za serce scena. Głęboko wierzący komunista, chcąc uczcić pamięć głęboko wierzącego katolika-pijaka, śpiewa przedwojenny przebój warszawskich opryszków, a akompaniuje mu na kościelnych organach rozkradający państwowe mienie malwersant. Ja się prawie popłakałem.
Film można obejrzeć tutaj:
czwartek, 19 kwietnia 2012
Piszę bloga, ale wolałbym być piosenkarzem
Nie czytałem żadnych komiksów Joanna Sfara, bardzo podoba mi się za to jego film "Gainsbourg". Jego bohaterem jest oczywiście Serge Gainsbourg, ale reżyser nie chce nazywać swojego dzieła biografią. Początkowe napisy informują nas, że to, co za chwilę zobaczymy jest bajką, a na koniec Sfar dorzuca jeszcze komentarz, w którym stwierdza, że nie jest zainteresowany prawdą o Gainsbourgu, bo woli jego kłamstwa. Moim zdaniem, chce się zawczasu obronić przed tymi ludźmi, dla których problemem filmu "The Doors" był nieprawdziwy Jim Morrison.
"Gainsbourg" nie pokazuje więc prawdziwych ludzi i prawdziwego życia. Postaci wzorowane na autentycznych osobach są tu skonstruowane z kilku charakterystycznych cech utrwalonych w popkulturze, wzmocnionych czasami aż do przesady. Serge jest wrażliwym cynikiem, uwodzącym kobiety i palącym papierosy, postać Bardot to właściwie plakat z pokoju nastolatka, a France Gall garbi się dużo bardziej niż w rzeczywistości. Zdarzają się też sceny zupełnie zmyślone i symboliczne, w dodatku jest to symbolika raczej prosta. Nie jest jednak nigdy tania i dzięki temu ogląda się to bardzo dobrze, zwłaszcza że zmysły wzroku i słuchu są tu zagłaskiwane prawie na śmierć. Realne lokacje i aktorzy płynnie połączeni z wysokiej jakości animacją, perfekcyjna kompozycja kadrów, nasycone kolory, ciepłe światło i fajne, uwspółcześnione aranże najsłynniejszych piosenek Gainsbourga. Naprawdę ładna bajka.
Spora część filmu poświęcona jest dzieciństwu artysty, gdzie reżyser szuka źródeł jego późniejszych wyborów życiowych. I znajduje je. Otóż według Sfara, Gainsbourg wybrał karierę piosenkarza, bo dla brzydkiego, chudego Żyda z imigranckiej rodziny był to jedyny sposób, żeby zdobyć kasę, szacun chłopaków i waginy kobiet. Jest to obserwacja, która części krytyków wyda się pewnie zbyt oczywista i uproszczona, ale ja czuję się przekonany, bo chciałbym zostać piosenkarzem z tych samych powodów. Gdybym miał się zdobyć na szczerą introspekcję, to prawdpodobnie musiałbym się przyznać, że półświadoma nadzieja na uzyskanie wyżej wymienionych profitów leży również u źródeł tego bloga. Zdaję sobie sprawę, że nie mam dużych szans, ale, niestety, jestem muzycznym beztalenciem.
Wracając do filmu, Sfar zauważa też, że jedynym sposobem funkcjonowania masowego artysty jest przyjęcie wizerunku, jaki zostaje mu narzucony przez publiczność. Serge w filmie Sfara nie jest prawdziwym prowokatorem, ale nieśmiałym chłopakiem, który godzi się przyjąć rolę irytującego Żyda-świętokradcy, w jakiej ludzie chcieliby go widzieć. Nie może z tym walczyć, ale może nauczyć się, jak najlepiej wykorzystać tę rolę do swoich celów.
Serge cały czas chowa się w świat wyobraźni. Jego problemy w ten sposób nie znikają, ale stają się jakby mniej ważne. We wspomnianym już końcowym komentarzu Sfar pisze: "Za bardzo lubię Gainsbourga, by sprowadzać go do rzeczywistości". Moim zdaniem, tu właśnie kryje się najważniejszy wniosek, jaki można wyciągnąć z tego filmu. Rzeczywistość to kurwa i będziemy wszyscy prowadzić nędzne życie, aż umrzemy w jakiejś wojnie albo na raka. Sztuka nas nie uratuje, ale może przynajmniej ocalić naszą wyobraźnię. Czego sobie i Państwu życzę.
"Gainsbourg" jest do dostania za trzy dyszki na DVD. Ja myślę, że się opyla, ale jak komuś brakuje na browary, to może też za czwórkę, legalnie, obejrzeć film tu:
http://www.cineman.pl/filmy/Filmy,Dramat,Biograficzny/Gainsbourg-1.
wtorek, 17 kwietnia 2012
Piecyk i czerwony manekin
Grzech fiolet, granat tajemnica, czerń śmierć, seks czerwony,
Tajony wasz rodowód któregoś dnia ustalę:
Fiolet, cera ćpuna złapanego na przypale,
Neon, zasłonka u dziewczyny, jej twarz nim skona.
Granat, tunel między drzewami, w fontannie fale,
Burza, zbroja i sukienka modelki, co szlocha.
Czarny, oczy Evy Bartok, koronka, pończocha,
Rewolwer, który oniemiał po drugim wystrzale.
Czerwony, blacha piecyka, na której twarz skwierczy,
Paznokcie, płaszczyk modelki, który zginął pierwszy,
Słuchawka telefonu jak wahadło w finale.
Do sonetu brakuje jednej strofy i rytm trochę kuleje, ale jestem tylko bezrobotnym blogerem, a nie pieprzonym Rimbaudem.
Film "Sei donne per l'assassino" w każdym kraju nazywał się trochę inaczej. Włoski oryginał znaczy "Sześć kobiet dla mordercy", w Stanach były "Krew i czarna koronka", w Danii "Czerwone noce żelaznej ręki", a w Niemczech "Krwawy jedwab". Doceniam brzmieniowe walory "Blood an Black Lace", ale najbardziej podoba mi się włoska wersja, bo dodaje filmowi suspensu.
Najlepsza rzecz w tym fliku to kolory. Budżet należał do kategorii raczej śmiesznych, więc podejrzewam, że taśma nie była najlepszej jakości i pewnie dlatego oglądając niżej linkowaną tubę, czasami nie wiadomo, co właściwie widać. Reżyser Mario Bava i operator Ubaldo Terzano prawdopodobnie zdawali sobie sprawę z tych ograniczeń i postawili na umiejętne operowanie kolorem, dzięki czemu osiągnęli taki efekt, że nawet gdyby tę jutubową wersję nagrać komórką, a potem skompresować tak, żeby zmieściła się na dyskietkę, to film i tak byłby piękny.
Oczywiście, jeżeli szukacie intrygi, tajemnic, erotyczno-kryminalnych dreszczy, makabrycznych morderstw, hipnotycznej muzyki, nastrojowej scenografii i fajnych dup - to wszystko też tutaj jest, w najlepszej jakości.
Tajony wasz rodowód któregoś dnia ustalę:
Fiolet, cera ćpuna złapanego na przypale,
Neon, zasłonka u dziewczyny, jej twarz nim skona.
Granat, tunel między drzewami, w fontannie fale,
Burza, zbroja i sukienka modelki, co szlocha.
Czarny, oczy Evy Bartok, koronka, pończocha,
Rewolwer, który oniemiał po drugim wystrzale.
Czerwony, blacha piecyka, na której twarz skwierczy,
Paznokcie, płaszczyk modelki, który zginął pierwszy,
Słuchawka telefonu jak wahadło w finale.
Do sonetu brakuje jednej strofy i rytm trochę kuleje, ale jestem tylko bezrobotnym blogerem, a nie pieprzonym Rimbaudem.
Najlepsza rzecz w tym fliku to kolory. Budżet należał do kategorii raczej śmiesznych, więc podejrzewam, że taśma nie była najlepszej jakości i pewnie dlatego oglądając niżej linkowaną tubę, czasami nie wiadomo, co właściwie widać. Reżyser Mario Bava i operator Ubaldo Terzano prawdopodobnie zdawali sobie sprawę z tych ograniczeń i postawili na umiejętne operowanie kolorem, dzięki czemu osiągnęli taki efekt, że nawet gdyby tę jutubową wersję nagrać komórką, a potem skompresować tak, żeby zmieściła się na dyskietkę, to film i tak byłby piękny.
Oczywiście, jeżeli szukacie intrygi, tajemnic, erotyczno-kryminalnych dreszczy, makabrycznych morderstw, hipnotycznej muzyki, nastrojowej scenografii i fajnych dup - to wszystko też tutaj jest, w najlepszej jakości.
Cały film, niestety, tylko po włosku. Jak ktoś chce po angielsku (dubbing jest taki se, ale nie przeszkadza bardzo) to musi kupić, albo ściągnąć.
środa, 4 kwietnia 2012
Samochody, cycki, trupy
Byłem
złym dzieckiem. Wprawdzie co roku moja wychowawczyni wpisywała mi
"wzorowe" w rubryce zachowanie, ale ja byłem po prostu
bardzo zepsuty. Po lekcjach szedłem do kolegi i wtedy przestawałem
udawać. Byłem nienawidzącym wszystkich, małym, złośliwym
koboldem. Razem z kolegą wsiadaliśmy do pomalowanych w trupie
czaszki samochodów, z kolcami zamiast zderzaków i ruszaliśmy w
miasto. Byli tam też inni, z którymi niby mieliśmy się ścigać,
ale nam nie chodziło o bycie pierwszym na mecie. Chcieliśmy po
prostu rozjeżdżać ludzi. Uwielbialiśmy ten moment, kiedy w ich
spojrzeniach dostrzegaliśmy błysk zrozumienia, kiedy już
wiedzieli, że nie jesteśmy zwykłymi piratami drogowymi, że mają
przed sobą maniaków, którzy pragną ich śmierci. Bawiły nas ich
rozpaczliwe próby ucieczki, beznadziejność ich wysiłków.
Rechotaliśmy, słysząc wilgotne, bezradne pierdnięcie, jakie ich
ciała wydawały pod naszymi kołami. Rozkoszowaliśmy się widokiem
ich mózgów, spływających po naszych szybach.
Gra
nazywała się Carmageddon.
***
To
będzie tekst o miłości i polityce, dwóch rzeczach, na których
zupełnie się nie znam.
Kiedy
pierwszy raz zobaczyłem "Death Race 2000" byłem trochę
zaskoczony, bo jakoś nie mieściło mi się w głowie, że już w
latach .70 ludzie byli tak pierdolnięci. Pokochałem ten film około trzeciej minuty seansu.
Zaczyna
się od przywołania w stu procentach amerykańskiego toposu, u nas
najbardziej znanego z "Wacky Races". Grupka kierowców,
każdy z indywidualnie stuningowaną furą i określonym zestawem
cech charakterystycznych oraz Ameryka jako tor do ścigania się.
Wyścig podzielony jest na kilka etapów, więc raz może wygrać
jeden, raz drugi, widz musi wybrać swoją ulubioną postać i
kibicować jej przez wszystkie odcinki. W "Death Race 2000"
ten wybór jest ciężki, bo każda z postaci to popis przewrotnej
wyobraźni scenarzystów.
Tradycyjne
wartości prerii, takie jak kowbojskie kapelusze, samotna walka
przeciwko sukinsynom i country, reprezentuje kobieta, Calamity Jane.
Jej rywale to feminazistka Matilda the Hun, niezbyt bystry, ale
brutalny ganster Machine Gun Joe (brawurowa kreacja Sylvestre'a
Stallone) i Frankenstein, największa gwiazda całego wyścigu.
Wychowana w tajnych rządowych bazach maszyna do wygrywania wyścigów,
bez serca, emocji i poglądów, przynajmniej tak się na początku
wydaje. Wciela się w niego męczennik onanizmu, wielki David
Carradine. Jest też jeszcze jedna postać, lalusiowaty Nero the
Hero. Najnudniejszy z nich wszystkich, więc na szczęście szybko
ginie.
Tak
oto płynnie przechodzimy od "Race" do "Death",
która nie jest żadną metaforą, ale raczej eufemizmem. W tym
wyścigu są dwa cele. Pierwszy z nich to tradycyjne dojechanie jak
najszybciej do mety, drugi - rozjechanie jak największej liczby
przechodniów. Widzicie więc, że nie mogłem nie zakochać się w
tym filmie. Za bardzo przypomina mi młodość. Poza tym, okej, Woody
Allen, Todd Solondz i Wes Anderson są wporzo, ale rozjeżdżanie
ludzi dla sportu to absolutny top of the tops w kategorii humor i po
prostu nie da się wymyślić nic śmieszniejszego.
Oczywiście,
równość społeczna jest utopią, więc najwięcej punktów w
"Death Race 2000" dostaje się za kobiety, dzieci i
starców. Jeśli komuś uda się wziąć pod koła kobietę w stanie
błogosławionym, liczy się zarówno matka, jak i nienarodzone
dziecię.
Roger
Corman jest znany ze swoich lewicowych poglądów, choć, jak na
lewicowego artystę, jego podejście do robienia filmów było dość
niecodzienne. Pozbawiony cienia elitaryzmu, nie skamlał o państwowe
pieniądze, kręcił filmy zaspokajające gust masowej publicznośći
i zarabiał na tym masę hajsu. W "DR2k" Corman pełnił
tylko rolę producenta i współscenarzysty, ale można się
domyślać, dlaczego spodobał mu się ten projekt. Film łączy w
sobie radosną lekkość i bezpretensjonalność trashowego widowiska
z brutalnym politycznym atakiem na wartości wyznawane przez
konserwatywną część USA.
"Death
Race 2000" to duchowy brat "Lęku i odrazy w Las Vegas".
Podobnie jak książka Huntera S. Thompsona, jest to rodzaj pieśni
żałobnej dla nieudanego projektu kulturowego, jakim były lata .60
i pamflet na porządek panujący w Stanach po zwycięstwie
popieranego przez milczącą większość Nixona nad reprezentującym
"amnesty, abortion and acid" McGovernem.
Życie
publiczne w DR2k to festiwal hipokryzji. Prezydent zachwala w
telewizji brutalne zawody jako wyraz narodowego ducha, a milcząca
większość spokojnych i prawych obywateli chłonie każdą minutę
tego okrutnego spektaklu, nie protestując ani przeciwko
niemoralności samego wyścigu, ani nawet przeciwko temu, że to
właśnie spośród nich rekrutują się dostarczyciele punktów.
Funkcjonuje tu, co prawda, coś w rodzaju hipisowskiego ruchu oporu,
ale jego członkowie kompromitują się zawsze, kiedy próbują
zrobić coś poza gadaniem.
To
kolejna cecha wspólna "Death Race" i "Lęku...".
Oba dzieła wyrażają żal z powodu upadku kontrkultury lat .60, ale
też przekonanie o jego nieuchronności. Twórcy traktują ruch
kontrkulturowy jako swoje środowisko, jednocześnie bezlitośnie go
krytykując za naiwność, słabość i głupotę. Oczywiście,
najostrzejsze noże wkurwu wymierzone są przeciwko tej drugiej
Ameryce, konserwatywnej, porządnej i imperialistycznej. Nie da się
ukryć jednak, że oprócz wypływającej z wątroby nienawiści,
zarówno w "Lęku...", jak i w "DR" ujawnia się
też coś w rodzaju perwersyjnej fascynacji artefaktami
tradycjonalistycznej kultury. Reakcją głównych bohaterów na
triumf wartości dokładnie przeciwnych od własnych jest celowe
pakowanie się w samo symboliczne centrum wrogiego obozu. Tu jednak
podobieństwa się kończą, bo Raoul Duke zanurza się po prostu w
autodestrukcyjnym i egoistycznym szaleństwie, natomiast protagonista
"Death Race 2000" poświęca się dla sprawy i dokonuje
politycznego sabotażu ina Konrad Wallenrod stylee. Co najważniejsze,
jego cel zostaje osiągnięty. Twórcy filmu wierzą więc w
możliwość zwycięstwa swojej strony, ale aby je urzeczywistnić
trzeba ponieść koszty, o których Paul Giamatti mówi w "Idach
marcowych" Ryanowi Goslingowi - przejąć metody wroga.
Idealistyczne głupki przynoszą sprawie więcej szkód niż
korzyści.
Czy
zwycięstwo osiągnięte w ten sposób jest moralnie słuszne,
pozostaje kwestią otwartą, bo zakończenie jest na tyle
wieloznaczne, że można z równym skutkiem próbować udowadniać
kilka przeczących sobie tez. "Death Race 2000" to
film-zgrywa, który nie traktuje poważnie nawet siebie. To raczej
nie poważny manifest polityczny, ale brawurowa szydera z
przeciwnika. Tak urocza, że trudno mieć o cokolwiek pretensje.
Oprócz masakry i polityki dostajemy tu dużo zabawy, cycki, miłość
i znaczne ilości szczególnego rodzaju piękna, którego przykładem
niech będzie ta scena taneczna:
Film chyba przeszedł już do domeny publicznej, a w każdym razie siedzi na tej tubie już dość długo i nikt nie protestuje, więc myślę, że oglądanie go nie może być aż takie nielegalne. Żeby go obejrzeć wystarczy przewinąć do początku linkowane wyżej wideo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)